Hołowczyc przed Dakarem: Zawsze wracam w jednej części

- Gdybym startował po raz pierwszy, to mógłbym odczuwać jakikolwiek strach. Rodzina jest przyzwyczajona do moich ekscesów - mówi Krzysztof Hołowczyc tuż przed startem Dakaru 2014. Rok temu rajd zakończył się dla niego w szpitalu.
W najbliższą niedzielę, w argentyńskim mieście Rosario rozpocznie się Rajd Dakar. Dla popularnego "Hołka" będzie to już dziewiąty występ w tej prestiżowej imprezie. W Ameryce Południowej do pokonania będzie miał trasę o łącznej długości 8734 km, z czego 3506 km to będą dojazdówki do odcinków specjalnych.

Rozmowa z Krzysztofem Hołowczycem

Bartłomiej Szypowski: O Dakarze mówi się, że to najtrudniejszy ze wszystkich rajdów na świecie. Przygotowania do udziału w nim też musiały być wyjątkowe?

Krzysztof Hołowczyc: Cały cykl to kwestia dwóch miesięcy ciężkiej pracy, fizycznej i oczywiście psychicznej. Bardzo ważne jest przygotowanie właśnie pod względem psychologii sportu, w której pomagał mi Dariusz Nowicki [olsztyński psycholog, który współpracował m.in. z Krzysztofem Włodarczykiem, Mariuszem Wachem, siatkarzami Resovii Rzeszów czy piłkarzami Legii Warszawa - red.]. Z drugiej strony trzeba było zbudować elementy wytrzymałościowe jak u maratończyka. System treningowy opierał się na dwóch zasadach, stabilizacji i czystej wytrzymałości, czyli biegania oraz pływania przez wiele godzin. Większość testów odbywała się w Maroko, a więc w podobnych warunkach i temperaturze, jaka czeka mnie podczas rajdu. Choć w tym wypadku głównie chodziło o sprawdzenie samochodu i ustawianiu przeróżnych elementów pod siebie. Ostatnie dwa tygodnie przepracowałem po niemieckiej stronie Alp. Było strasznie mokro, a w górach dużo błota. Musiałem biegać z kamieniami w koszach oraz jeździć rowerem na najwyższych z możliwych przełożeniach. W takich chwilach na usta wielokrotnie cisnęło się "przecież jestem kierowcą, a nie maratończykiem". Co ciekawe, ćwiczyliśmy również koncentrację poprzez strzelanie z różnego rodzaju broni. Na obozie tworzyliśmy wspólnotę zespołową, która okazuję się bardzo przydatna podczas rajdu i ciężkich dni walki z piaszczystymi wydmami.

Wystartuje pan w najnowszej wersji samochodu, mini All4 racing. Po testach był pan wręcz zachwycony tym pojazdem

- Zdecydowanie tak. To cacuszko pięknie zbudowane, czyste i pachnące. Jeśli chodzi o sprawy techniczne to trudno mi się jeszcze wypowiedzieć. Bardzo mało kilometrów nim przejechaliśmy. Ostateczny test odbędzie się w Argentynie, tuż przed samym Dakarem. Samochód był jednak sprawdzany miesiącami przez prawdziwych fachowców, więc za wiele testować nie będzie trzeba. Najważniejsze jest to, że udało mi się wywalczyć biało-czerwony kolor auta. Marzyłem o czymś takim i wreszcie się udało. Biała maska i dach, a reszta na czerwono. To będzie prawdziwy polski samochód.

Każdy w fabrycznym teamie X-raid będzie miał inny kolor samochodu. Dzięki temu łatwiej będzie kibicom rozróżnić kierowców.

- To na pewno spore ułatwienie dla fanów. Na początku trochę się martwiłem, bo jeden z Chilijczyków także ma czerwone barwy. Jednak łatwo zauważyć, że to nie moje auto. My jednak najbardziej musimy uważać na rywali w autach buggy. Te maszyny na papierze mają zdecydowaną przewagę nad naszym mini. Naszą zaletą jest jednak duża odporność i to, że bardzo trudno będzie go popsuć. Jeżeli jednak buggy również nie złapie żadnych awarii na trasie, to niestety, ale może nam odjechać. Tym bardziej że za kierownicą jednego z nich zasiądzie znakomity Carlos Sainz.

W tym roku pojedzie pan z nowym pilotem, Rosjaninem Konstantinem Żilcowem (poprzednio z Niemcem Andreasem Schulzem). Zespół zaproponował tę zmianę, czy to dla pana duże utrudnienie?

- Wiadomo, że zawsze lepiej mieć przejechanych kilka rajdów ze sobą, ale myślę, że nie jest to wielka strata. Czas spędzony z Andym procentował na Dakarze. Nie chcę się jednak doszukiwać minusów tej zmiany. Konstantin nie jest mi obcy. Znam go ładnych parę lat. To naprawdę porządny gość, który przecież w zeszłym roku zajął trzecie miejsce [z kierowcą Leonidem Nowickim - red.]. Jestem w zespole, który daje mi szansę walki o zwycięstwo w Dakarze i bardzo się z tego cieszę.

W jakim języku będziecie się porozumiewać w aucie?

- Pierwszym naszym wyborem jest angielski, ale co ciekawe, zauważyliśmy, że możemy komunikować się także po rosyjsku. Jest to bardzo szybki język w wypowiedziach, w dodatku zbliżony do naszego ojczystego. Rosyjski jeszcze pamiętam ze szkolnych czasów i mam doskonałą szansę, by go sobie przypomnieć. Cały czas zastanawiamy się, co z tym fantem począć.

Mówi się, że tegoroczna trasa wiodąca przez Argentynę, Boliwię i Chile będzie najbardziej wymagająca w historii Dakaru...

- Organizatorzy chcą zrobić wyjątkowy, jedyny i niewiarygodny rajd. Co roku coraz więcej kierowców dojeżdża do mety. Wynika to z lepszego przygotowania i lepszych samochodów. Dlatego teraz chcą dać nam jeszcze bardziej w kość. Z drugiej strony to na pewno także sprawa ekonomiczna. Im więcej załóg odpadnie, tym tańszy będzie cały rajd.

Wielkimi krokami zbliża się mały jubileusz. Dla pana to już dziewiąty start w Dakarze. Czego nauczył się pan przez te wszystkie lata?

- Przede wszystkim łapać odpowiednie tempo jazdy. Pracować zespołowo i dobrze dogadywać się z pilotem. Ważnym wnioskiem jest także oddawanie samochodu w ręce mechaników w możliwie jak najlepszym stanie. Serwis pracuje w nocy, a ja nie chcę ich za bardzo zmęczyć. Wypoczęty mechanik zdecydowanie lepiej przygotuje cię do startu. To jest rajd, podczas którego trzeba myśleć o mecie, a nie o pojedynczym odcinku, tak jak to bywa w WRC [mistrzostwach świata w rajdach płaskich - red.].

Ostatnio w mediach pojawiła się wiadomość o boliwijskich Indianach, którzy chcą zablokować rajd, jeżeli do tego czasu władze tego kraju nie dojdą do porozumienia z ich przywódcami

- Chcą załatwić swoje interesy kosztem naszej imprezy. Każde wydarzenie sportowe można zablokować. Często pojawiają się szantaże z różnych stron. Ostatnio w Rosario piranie zaatakowały ludzi. Jak widać natura też swoje ma (uśmiech).

Za panem bardzo udany sezon. Apetyt przed Dakarem dzięki temu na pewno się zaostrzył.

- Sezon był wspaniały, ale nie należał do najłatwiejszych. Wiele zwrotnych momentów o tym zadecydowało. Podczas rajdu Baja Poland dwa odcinki przed metą w aucie urwał się wał i trzeba było oddać punkty. Mimo wszystko udało się mi zdobyć tytuł [triumfował w całym Pucharze Świata FIA - red.], z czego bardzo się cieszę. Nie mam wątpliwości, że podczas Dakaru potrzebna będzie góra sportowego szczęścia. Mam też świadomość swoich ambicji sportowych, które kończą się tylko na jednym miejscu. Trzeba przejechać dobrze od początku do samego końca.

W osiągnięciu dobrego wyniku nie przeszkodzi panu wspomnienie o ubiegłorocznym wypadku. Podczas Dakaru spadł pan autem ze skarpy, co skończyło się złamanymi żebrami i urazem kręgosłupa. Co na to rodzina, która na pewno się o pana martwi?

- Gdybym startował po raz pierwszy, to mógłbym odczuwać jakikolwiek strach. Jak coś się ma zepsuć, to tak czy siak się zepsuje. Rodzina jest przyzwyczajona do moich ekscesów, ale nie ma się czym martwić, przecież zawsze wracam w jednej części.

Fińscy kierowcy, widząc przed sobą górkę, wciskają gaz do dechy, ponieważ wychodzą z założenia, że zaraz za nią na pewno jest prosta. Pana sposób na pokonywanie piaszczystych wydm jest podobny?

- Z fińskim stylem nie ma szans na ukończenie Dakaru. Ja znajduję się gdzieś pośrodku tego stwierdzenia. Bardzo mnie boli, kiedy najpierw wyhamuję, a później przekonam się, że była prosta i można było nadepnąć mocniej.

Za nami święta Bożego Narodzenia. W jakim nastroju je pan spędzał i czy dietetycy pozwolili na spróbowanie dwunastu potraw?

- Od dłuższego czasu rajd siedzi gdzieś z tyłu mojej głowy i było to odczuwalne. Jeżeli chodzi o jedzenie, to było naprawdę fajnie, ponieważ nawet kazali nam dobrze zjeść. Przyda się odrobina zapasów energetycznych.

Rozmawiał Bartłomiej Szypowski

Więcej o sporcie z Warmii i Mazur czytaj na olsztyn.sport.pl.