Sport.pl

Rajd Dakar uzależnił kolejnego olsztynianina

- Przed startem deklarowałem, że miejsce nie ma dla mnie znaczenia. Chciałem nauczyć się jak najwięcej oraz popełnić małą ilość błędów - to zadanie zostało zrealizowane - mówi Sebastian Rozwadowski, olsztyński pilot rajdowy.
Dla Sebastiana Rozwadowskiego udział w tegorocznej edycji Rajdu Dakar był debiutem. Rajdowy mistrz Polski z 2014 roku pilotował litewskiego kierowcę, Benediktasa Vanagasa, dla którego był to czwarty rajd z rzędu. Trasa składająca się z 13 etapów Argentynie oraz w Boliwii liczyła ponad dziewięć tysięcy kilometrów. Mimo wielu przygód, jakie spotkały Litewsko-Polską załogę w Toyocie Hilux, sportowcy zakończyli zmagania na 26. miejscu, co można uznać za spory sukces. W kategorii samochodów wystartowało bowiem 111 ekip, a do mety dojechało 68.

Rozmowa z Sebastianem Rozwadowskim

Mateusz Lewandowski: W pana debiucie w najtrudniejszym rajdzie na świecie, zajął pan 26. miejsce. Jak ocenia pan tegoroczny Rajd Dakar?

Sebastian Rozwadowski: - Przed starem deklarowałem, że miejsce nie ma dla mnie znaczenia. Chciałem nauczyć się jak najwięcej oraz popełnić małą ilość błędów - to zadanie zostało zrealizowane. Jestem zafascynowanym tym rajdem oraz trudnościami, jakie nas tam spotykały. Temperatura wahała się od 50 stopni do 2 stopni Celsjusza. Towarzyszyły nam również burze piaskowe i opady śniegu. To wszystko sprawiło, że zawody były bardzo fascynujące.

Czuł pan strach przed startem do pierwszego odcinka specjalnego?

- Bardziej czułem stres, ponieważ jest on nieodłącznym elementem w życiu każdego zawodnika. Ważną rzeczą jest, aby był on motywujący. Czułem dreszczyk emocji i przez to chciałem jak najszybciej zacząć zmagania. W momencie, gdy dowiedziałem się o odwołaniu pierwszego etapu przez złe warunki pogodowe, byłem bardzo rozczarowany. Motorsport zawsze niesie ze sobą pewne ryzyko, ale nie można dać się sparaliżować.

Przygody nie omijają każdego zawodnika biorącego udział w Dakarze. Wy byliście blisko zderzenia z krową...

- Było to bardzo nieszczęśliwe zdarzenie. Startowaliśmy z dość odległej pozycji, a załogi ruszały 30 sekund po sobie. Sporą część odcinka jechaliśmy więc w kurzu. Ciężko było się zbliżyć do zawodników jadących przed nami. Gdy pokonaliśmy zakręt, na drogę wyskoczyła nam krowa. Aby uniknąć uderzenia w zwierzę, Benediktas [kierowca Rozwadowskiego - red.] postanowił wykonać mocny ruch kierownicą w prawo. Jak się później okazało, była tam duża skarpa, która nas podbiła. Dlatego nasze auto dachowało.

Jak radził sobie pan z potężnymi upałami, które towarzyszyły wam przez większą część rajdu?

- Bardzo ważne jest przygotowanie fizycznie, choć nie było to dla mnie nic specjalnego. Przygotowując się do rajdu, odbywałem specjalne treningi areobowe w saunie, gdzie temperatura dochodziła do 45 stopni Celsjusza. To był "strzał w dziesiątkę", ponieważ podczas jazdy nie odczuwałem żadnego dyskomfortu.

Podczas tak długich rajdów ważna jest komunikacja na linii pilot-kierowca. Jak układały się pana relację z Benediktasem Vangasem?

- Zawsze podkreślam, że dobry pilot jest również doskonałym psychologiem i socjologiem. Musimy współpracować z kierowcami rajdowymi, którzy w większości są bardzo silnymi osobowościami. Cały sukces polega na tym, aby znaleźć ten balans. Nie może dać sobie wejść na głowę, ale również trzeba umieć słuchać i często brać na siebie odpowiedzialność za rozładowywanie napięcia w aucie. I co bardzo ważne, nie starać się być postacią pierwszoplanową. Wiele osób może nauczyć się dyktowania notatek nawigacyjnych. Trudniejszym zadaniem jest bycie na pokładzie dobrym duchem. Moim zdaniem, pilot powinien znaleźć pewien indywidualny kod dostępu do głowy kierowcy. Gdy już go ma, to życie staję się łatwiejsze. Czuję, że posiadam taką cechę i dzięki temu moje relację z Benediktasem układały się bardzo dobrze

Miewaliście czasami gorsze dni, gdzie nie odzywaliście się do siebie przez dłuższy czas?

- Czasami nie rozmawialiśmy ze sobą przez dwie bądź trzy godziny na odcinku dojazdowym, lecz wcale to nie oznaczało, że to jest ten "gorszy dzień". Każdy z nas ma swój czas na odpoczynek, regeneracje, w którym robi zupełnie coś innego. To wszystko oparte jest na profesjonalizmie i nikogo to nie dziwi.

Podczas dwóch tygodni zmagań na bezdrożach Ameryki Południowej, nie miał pan chwili zwątpienia, nie pomyślał, że może jednak nie uda się ukończyć rajdu?

- Pierwsze nastąpiło po "spotkaniu" z krową, gdzie nasze auto dachowało. Dopóki Benediktas nie uświadomił mnie, że jedziemy dalej, myślałem, że dla nas rajd się zakończył. Drugim momentem była sytuacja, gdzie po przejechaniu zaledwie 100 kilometrów w samochodzie awarii uległo wspomaganie kierownicy. Do mety mieliśmy jeszcze trzy razy tyle kilometrów, a trasa wcale nie należała do najłatwiejszych. Wtedy mieliśmy dwie opcje: wycofanie się z imprezy albo próba dotarcia do mety. Benediktas podjął próbę przejechania całego odcinka specjalnego, co mu się udało. Ta sytuacja pokazała mi, że jeżeli mamy ogromną motywację to nie ma rzeczy niemożliwych. Większość ograniczeń jest bowiem w naszej głowie.

Co pan czuł, kiedy dojechaliście do mety ostatniego odcinka rajdu?

- Po wszystkich przygodach, które przeżyliśmy, w momencie kiedy ukończyliśmy Dakar, czuliśmy dużą satysfakcję. Udało nam się ukończyć najtrudniejszy i najbardziej prestiżowy rajd na świecie. Tym bardziej, że był to dla mnie pierwszy udział w tego typu imprezie.

Zamierza pan wystartować w przyszłorocznej edycji Rajdu Dakar?

- Nie wyobrażam sobie co musiałoby się wydarzyć, aby mnie tam zabrakło.

Więcej o: