Cudowne dla AZS-u lata 90. Opowiada trener legenda

AZS Olsztyn, ostatni mistrzowski sklad: Stoją od lewej: menedżer M. Gałkiewicz, trener A. Grygołowicz, P. Szczotko, J. Szalpuk, M. Sobczak, M. Sordyl, W. Roman, trener odnowy Z. Kamiński, lekarz A. Strzembski. W przysiadze od lewej: M. Szyszko, R. Roszewski, D. Skotnicki, T. Kluchciński, P. Karwowski. Na zdjęciu brak P. Poskrobko

AZS Olsztyn, ostatni mistrzowski sklad: Stoją od lewej: menedżer M. Gałkiewicz, trener A. Grygołowicz, P. Szczotko, J. Szalpuk, M. Sobczak, M. Sordyl, W. Roman, trener odnowy Z. Kamiński, lekarz A. Strzembski. W przysiadze od lewej: M. Szyszko, R. Roszewski, D... (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

Minęło 20 lat, od kiedy siatkarze AZS-u Olsztyn po raz ostatni sięgnęli po tytuł mistrzowski. - Dopingowało nas 3,5 tys. kibiców, choć nie wiadomo, ile tak naprawdę pomieściła wówczas Urania - wspomina ówczesny szkoleniowiec Andrzej Grygołowicz
Od tamtej pory nie było w Olsztynie drużyny, która powtórzyłaby to wielkie osiągnięcie. W późniejszych latach akademicy wprawdzie sięgali po medale (3 srebrne, 3 brązowe), jednak nigdy nie weszli już na najwyższy stopień podium. Ostatni, brązowy krążek zdobyli w sezonie 2007/2008.

Nic więc dziwnego, że kibice siatkarscy z nostalgią wracają do złotego 1992 roku, kiedy o sile AZS-u decydowali tacy gracze, jak Mariuszowie Sordyl i Szyszko, Witold Roman czy Piotr Szczotko.



W Olsztynie trudno byłoby znaleźć osobę, która pamiętałaby to wydarzenie, lepiej od żywej legendy i ówczesnego trenera zespołu Andrzeja Grygołowicza. Z olsztyńską siatkówką związany jest od ponad 50 lat.

Rozmowa z Andrzejem Grygołowiczem

Maciej Nowocień: Panie trenerze, to już 20 lat, jak Olsztyn czeka na kolejną mistrzowską drużynę...

Andrzej Grygołowicz, szkoleniowiec "złotego" AZS-u z lat 90.: - Kiedy myślę i wspominam ostatni tytuł dla Olsztyna, to aż trudno mi pojąć, że upłynęło tyle czasu. Z drugiej strony, wydawało mi się, że było to jeszcze dawniej. Doskonale pamiętam mecze finałowe, w których rywalizowaliśmy z AZS-em Częstochowa. To głównie z zawodnikami spod Jasnej Góry w tamtym okresie toczyliśmy największe bitwy, czyli podobnie jak miało to miejsce w latach 70. z Resovią Rzeszów.

W pamiętnym sezonie 1991/1992 jeszcze przed play-offami mieliśmy okazję zmierzyć się z częstochowianami. W hali Urania ulegliśmy 1:3, ale już w rewanżu, to my byliśmy górą i wygraliśmy 3:0. Potem przyszła pora na kluczowe pojedynki, a Olsztynowi jako liderowi fazy zasadniczej, przyszło grać z czwartym w tabeli Chełmcem Wałbrzych. Zmagania toczyły się wówczas systemem sobota-niedziela [w play-off do 3 zwycięstw - red.], a my pierwsze dwa mecze u siebie gładko wygraliśmy po 3:0. Kolejną potyczkę, już w Wałbrzychu przegraliśmy po tie-breaku, by zaledwie dzień później triumfować w trzech setach. Tym samym zapewniliśmy sobie awans do ścisłego finału.

Tam czekał na was już AZS Częstochowa, który z kolei w półfinałach wyeliminował Stal Nysa.

- Najpierw odbyły się dwa spotkania w Uranii i już na początek ponieśliśmy porażkę 0:3. Trzeba jednak podkreślić, że postawiliśmy rywalom solidne warunki. W drugim meczu u siebie triumfowaliśmy 3:2, choć w jego trakcie byliśmy, w wydawałoby się beznadziejnej sytuacji. Przegrywaliśmy w setach 0:2, a w trzecim 4:10 i 7:11. A pragnę przypomnieć, że grało się wtedy, tylko do 15 zdobytych punktów. Mimo tak trudnego momentu zdołaliśmy wygrać tę partię na przewagi do 16, a z następnymi jakoś już poszło. Sprawiliśmy więc dużą niespodziankę, bo to Częstochowa, a nie my, była faworytem finałów. Szkoleniowiec rywali Stanisław Gościniak przyznał wówczas, że nie był to dla nich udany weekend w Olsztynie. Dopingowało nas 3,5 tys. kibiców, choć nie wiadomo, ile tak naprawdę w tamtych czasach pomieściła Urania. Miejsc siedzących łącznie z dostawionymi, jest przecież ok. 2,5 tys. Na trybunach było jednak gorąco. Kluczowe spotkania czekały nas jednak w Częstochowie. Już data pierwszego wyjazdowego meczu była szczególna, ponieważ wypadał... 29 lutego 1992 roku. Wygraliśmy 3:1, a w naszych głowach pojawiła się duża nadzieja i szansa na złoty medal mistrzostw Polski. Formalności dopełniliśmy w niedzielę, pokonując gospodarzy 3:0 [1 marca 1992 roku - red.].

W ten sposób sięgnęliśmy po drugi tytuł z rzędu, a piąty w historii AZS Olsztyn. To był nasz olbrzymi sukces, ale nie jedyny, bo w tym samym sezonie zdobyliśmy również Puchar Polski, który zresztą rok później obroniliśmy.

Kto wówczas tworzył trzon wyjątkowego, złotego AZS-u Olsztyn?

- Nasza pierwsza szóstka wyglądała mniej więcej tak: Szyszko, Roszewski, Roman, Sordyl, Skotnicki i Szczotko. Wprowadzaliśmy niewielkie zmiany. Na rezerwie pozostawali Sobczak, Karwowski, Szalpuk oraz Kluchciński. Do tego dochodził młody Piotrek Poskrobko, który był świeżo upieczonym mistrzem Polski juniorów. Pamiętam, że wówczas trener Józef Kopaczel z naszymi chłopakami wywalczył taki tytuł dwa lata pod rząd. Zresztą byliśmy najlepszą drużyną w rankingu Ministerstwa Sportu, bo chyba tak się on nazywał. Nie dość, że mieliśmy tytuły mistrzowskie z seniorami i juniorami, to zespoły kadetów oraz młodzików również grały ponad przeciętną.

Co więcej wybierano najlepszych zawodników sezonu. Wszyscy szkoleniowcy musieli przedstawić swoje kandydatury dla najbardziej wartościowego siatkarza [MVP - red.], najlepszego rozgrywającego oraz szóstki sezonu. Taka drużyna nie musiała się składać z graczy na poszczególnych pozycjach, ale plebiscyt miał wyłonić czołówkę. MVP został Mariusz Sordyl, a najlepszym rozgrywającym Mariusz Szyszko. Obaj znaleźli się zresztą we wspomnianej szóstce. Jej skład uzupełnili Roszewski, Roman i m.in. Adam Kurek, czyli ojciec Bartosza, do niedawna przyjmującego Skry Bełchatów.

Niedawno zapytany Mariusz Szyszko (obecnie prezes Indykpolu AZS) o pamiętny, decydujący mecz z 1992 roku w Częstochowie, tylko się uśmiechnął, wspominając jak świętowaliście zdobycie tytułu.

- (po chwili zastanowienia)... Mogę wszystkiego nie wiedzieć, bo przecież do trenera nie każdy fakt z życia drużyny dochodzi. Nie byłem przecież cały czas w szatni, a szampan się lał, jak to podczas mistrzowskiej fety.

Siatkówka ze złotych dla Olsztyna lat 90. bardzo się różniła, od tej obecnej?

- W dzisiejszych czasach coraz częściej stosuje się ataki z tzw. szóstej strefy. Kiedy my zdobywaliśmy mistrzostwo, rzadko kiedy zawodnicy decydowali się na taką taktykę. Za to często graliśmy z "podwójnej krótkiej", która teraz jest już w zasadzie mitem. To, co było nietypowe dla naszej rywalizacji, to fakt, iż potrafiliśmy stosować "krótką" z trzeciego metra. To była rzadkość, a obecnie zawodnicy na pozycji rozgrywającego, często decydują się na taki wariant. W pamiętnych latach Mariusz Szyszko, właśnie taką piłkę wystawiał do Witolda Romana, a ten był na tyle wysoki i uzdolniony, że potrafił ją kończyć. Trzeba przyznać, że mieliśmy bardzo wysoką ekipę. No może poza wyjątkiem, którym był Szyszko mierzący ok. 186 cm wzrostu.

Poziom wyszkolenia zawodników także był inny, a każdy z nich musiał być wszechstronny.

- Rzeczywiście, w tamtych czasach zawodnicy byli bardziej uniwersalni. Nie było libero, który w dzisiejszej siatkówce odgrywa dużą rolę. Przyjmować musieli zatem środkowi, a ci przecież imponowali warunkami fizycznymi. Musieli się tego nauczyć, choć czasami trzeba było ich "przykryć". Także w obronie zawodnicy zachowywali się zupełnie inaczej, bo bez wyjątku, wszyscy potrafili podbijać piłki. Nawet atakujący i wcześniej wymienieni środkowi, co obecnym graczom, z pewnością sprawiłoby wiele kłopotu. Wynika to jednak z dużego nacisku na specjalizację, a nie uniwersalność. W latach 90., podczas akcji zaangażowanych w atak było czterech siatkarzy. Przy aktualnym sposobie prowadzenia gry jest ich pięciu, a nawet sześciu, ponieważ wprowadza się ataki z drugiej linii z lewej obrony. Kiedyś inaczej rozdzielało się piłki, nie wspominając już, że nie serwowało się z wyskoku. Stanisław Gościniak, uznany przed laty najlepszym rozgrywającym, potrafił wystawiać nawet z pułapu kolan, a robił to świetnie. Teraz piłka musi być nagrana jak najwyżej, żeby można było wystawić z wyskoku.

Kiedyś niemal wszyscy siatkarze mogli się pochwalić wyższym wykształceniem. W innych dyscyplinach bywało różnie...

- W siatkówkę muszą grać ludzie inteligentni. Można powiedzieć, że w latach 90. w Olsztynie siatkarskim wydziałem był wydział technologii żywności. Do tej pory powtarzam moim drugoligowym podopiecznym [Grygołowicz trenuje rezerwy AZS Olsztyn - red.], że sport ma być dla nich przyjemnością, a postawić muszą na naukę. Jestem także zwolennikiem systemu amerykańskiego, gdzie zawodnicy idą do college'u i tam mogą grać jedynie w lidze międzyuczelnianej. Dopiero po tym okresie podpisują kontrakty w profesjonalnych klubach.

Gdyby naprzeciw siebie stanęły AZS z sezonu 2003/2004, w składzie z Zagumnym, Papke czy Bąkiewiczem, a po drugiej stronie siatkarze ze złotej drużyny. Kto byłby górą?

- Trudno jest porównywać oba zespoły bo to inna siatkówka. Zmieniły się przede wszystkim przepisy w sędziowaniu. Obecnie arbitrzy nie zważają chociażby na nieczyste przyjęcie zagrywki palcami. Wtedy to nie miało miejsca bo wszystko było gwizdane. W nowoczesnej siatkówce jest tendencja do ciągłości gry i jej widowiskowości. Wiele kwestii uległo zmianie, jak chociażby wzrost. A jak wspominałem, już wówczas nie należeliśmy do niskich. Pamiętam, że kiedyś zorganizowałem taki mecz, "starego" AZS-u z aktualnym zespołem, i wygrali ci drudzy, ale po walce.

Mistrzowskie lata głęboko zapadły w pamięć. Z pewnością nie brakowało także ciekawych historii...

- Po chwale sukcesu przyszedł czas nas gorsze chwile w olsztyńskiej siatkówce. Pamiętam taki tytuł w jednej z lokalnych gazet "Szczotko musi sprzedać rower". Co w tym takiego śmiesznego? Otóż Piotrek na treningi dojeżdżał rowerem, a w klubie sytuacja finansowa była coraz trudniejsza. Miał taką wyścigówkę i rzeczywiście musiał ją sprzedać. Ciekawych sytuacji było wiele i to zarówno tych zabawnych, jak i przykrych... Na mecze w tamtych latach jeździło się po kilkanaście godzin. Często podróżowaliśmy za granicę, a raz, 31 grudnia, wracaliśmy z Belgii przeszło 65 godzin i chłopacy nie zdążyli na sylwestra do Olsztyna. Gdy wsiadaliśmy do pociągu, świeciło słońce, więc mieliśmy krótkie rękawki. Kiedy dojechaliśmy do Berlina na przesiadkę, przywitał nas 20 stopniowy mróz i śnieg za oknem. Nieraz podczas wypraw do Rzeszowa zamarzał nam autobus i jakoś trzeba było się dostać do Warszawy, by stamtąd dalej polecieć samolotem lub pojechać pociągiem. Kiedyś, wracając z Andrychowa, do przedziału przez okno ktoś wrzucił nam buraka ćwikłowego. Czasem jeździło się też do Włoch, a tam panowały ogromne upały. Dlatego teraz, ze zdziwieniem słucham zawodników, którzy narzekają na kilka czy nawet kilkanaście godzin spędzonych w samolocie. Rozumiem, że nie ma gdzie wyciągnąć nóg, ale przed laty nawet nie mogliśmy wejść do pociągu lub po prostu w nim staliśmy. Zdarzały się nam także opóźnienia, bo np. rozgoryczeni kibice gospodarzy nie chcieli nas wypuścić z hali. Potem musieliśmy biec na peron w gradzie kamieni... Z kolei jeszcze wcześniej, w latach 50., kiedy zaczynałem przygodę z siatkówką, próbowałem również sił w piłce ręcznej. Wtedy na wyjazdy w powiecie, jeździliśmy... traktorem z przyczepą.

Rozmawiał Maciej Nowocień

Skład AZS Olsztyn 1991/1992: Piotr Szczotko, Jarosław Szalpuk, Mariusz Sobczak, Mariusz Sordyl, Witold Roman, Mariusz Szyszko, Roman Roszewski, Dariusz Skotnicki, Tomasz Kluchciński, Przemysław Karwowski, Piotr Poskrobko; sztab szkoleniowy: Andrzej Grygołowicz (trener), Zbigniew Kamiński (trener odnowy biologicznej), Andrzej Strzembski (lekarz); menedżer: Marek Gałkiewicz.

Tak AZS Olsztyn grał w latach 60. i 90.



Wybierz siatkarza wszech czasów AZS Olsztyn
Zobacz także
  • Wietrzenie kadry AZS Olsztyn. Odchodzą Winnik i Gaca
  • Były już prezes Indykpolu AZS Olsztyn podczas meczu w hali Urania Siatkarscy herosi. Jak potoczyły się losy złotego AZS
  • AZS Olsztyn, ostatni mistrzowski sklad: Stoją od lewej: menedżer M. Gałkiewicz, trener A. Grygołowicz, P. Szczotko, J. Szalpuk, M. Sobczak, M. Sordyl, W. Roman, trener odnowy Z. Kamiński, lekarz A. Strzembski. W przysiadze od lewej: M. Szyszko, R. Roszewski, D. Skotnicki, T. Kluchciński, P. Karwowski. Na zdjęciu brak P. Poskrobko
Witold Roman: Atmosfera w Uranii była wtedy nieprawdopodobna