Siatkarski obieżyświat zatrzymał się w Olsztynie

Stany Zjednoczone, Francja, Liban, a wcześniej oczywiście ojczyzna... Dla niego Polska to piąty przystanek na mapie sportowej kariery.
Z Brazylijczykiem Levim Cabralem spotkaliśmy się na niecały tydzień przed inauguracją tegorocznych rozgrywek siatkarskiej PlusLigi. Oprócz sportu rozmawialiśmy także o tym, jak sobie dotychczas radził w czterech krajach, w których grał, oraz o tym, w jaki sposób przystosowuje się do życia w Polsce. - W pierwszej chwili byłem zaskoczony, ponieważ nie wiedziałem, że Polska to kraj chrześcijański - przyznaje Cabral. - W sprawach religijnych widzę teraz, że ludzie wychowywani są w naszych krajach według tych samych wzorców. Przeprowadzając się do Polski, nie doświadczyłem więc szoku kulturowego. Może to przez dobrą pogodę i wysokie temperatury na początku, bo do tego jestem przyzwyczajony. Wiem, że zimą będzie trochę gorzej.

Diagnoza nauczyciela umożliwiła karierę

Jego przygoda ze sportem zaczęła się od diagnozy postawionej przez jednego z nauczycieli w szkole podstawowej. - Powiedział mojej mamie, że jestem bardzo żywym dzieckiem, co było prawdą. W związku z tym rodzice sami polecili mi uprawianie sportu, dzięki czemu moja energia mogła gdzieś znaleźć ujście - tłumaczy.

Levi Cabral pochodzi z Rio de Janeiro i wychował się nieopodal słynnej plaży Copacabana. Choć ta okolica kojarzy się nam raczej z piłką nożną, on trafił do innej dyscypliny. - W pobliżu plaży znajdowała się mała szkółka siatkówki plażowej. Chodziłem do niej rano trzy razy w tygodniu - wspomina. - Od tego zaczęła się przygoda z grą w hali oraz występami w drużynie uniwersyteckiej.

Potem USA

Brazylijczyk w 2008 roku zdecydował się na przeprowadzkę do Stanów Zjednoczonych. - Zrobiłem to, żeby łączyć naukę ze sportem. Nie chciałem zaniedbywać ani jednego, ani drugiego. Studiowałem na uczelni, która jest położona o 45 minut drogi od Los Angeles.

Uczelnianą drużynę siatkówki reprezentował przez pięć lat. W tym czasie jego plany życiowe wiele razy się zmieniały. Gdy skończył amerykański etap swojej kariery, myślał o powrocie do ojczyzny. - Zastanawiałem się, czy nie rozpocząć pracy w wyuczonym zawodzie - opowiada. - Skończyłem dwa kierunki studiów [biznes i zarządzanie - red.] na California Baptist University, więc na pewno bym znalazł jakieś zajęcie. Zacząłem jednak grać w siatkówkę, gdy miałem pięć lat, i od razu wiedziałem, że z tą dyscypliną chcę związać swoje życie. Nie chciałem tego zmieniać.

Francja, Liban, w końcu Polska

Po ostatnim meczu w Stanach skontaktowało się z nim kilku menedżerów. Wybrał ofertę Włocha Luki Beltramiego. Od tej chwili to on miał go reprezentować. - Ufam mu i wiem, że chce promować mnie w klubach, w których rozwinę się najbardziej - mówi.

Dzięki jego pomocy kolejnym przystankiem w karierze Brazylijczyka okazała się Francja. Występował w drużynie Saint-Nazaire Volley-Ball Atlantique. Zespół był beniaminkiem w najwyższej klasie rozgrywek, dlatego nie było żadnego ciśnienia i presji na nieosiągalny wynik. Cel ekipy z Saint-Nazaire został osiągnięty. Drużynie udało się utrzymać w ekstraklasie. - We Francji poznałem wielu ludzi, z którymi będę się przyjaźnić całe życie - zapewnia Brazylijczyk. - Bardzo dobrze było grać z nimi w jednym zespole i przebywać z nimi poza boiskiem. Mogłem zostać we Francji, ponieważ miałem oferty od silniejszych ekip. Wtedy jednak rozpoczęła się era, w której to właśnie Polskę zaczęto uznawać za typowo siatkarski kraj.

Zanim jednak przeniósł się nad Wisłę, przez miesiąc grał w... Libanie. - Przyszedłem tam akurat na koniec sezonu - tłumaczy tę decyzję siatkarz. - Wiele zachodnich klubów po swoim sezonie sprzedaje zawodników do takich krajów na krótkoterminowe kontrakty. Nie mogę więc nawet powiedzieć, że tam mieszkałem. Po prostu rozegrałem kilka meczów i myślałem o tym, co będzie dalej.

Wtedy przyszła oferta z Polski, z Indykpolu AZS Olsztyn. Levi Cabral przyznaje, że wcześniej o olsztyńskiej drużynie nie słyszał. - Ale kiedy dostałem tę ofertę, nie zastanawiałem się długo - zapewnia. - W Polsce grają przecież najlepsi siatkarze na świecie, więc kto nie chciałby tej okazji wykorzystać, by z nimi występować? Przyszedłem do Olsztyna z zadaniem zastąpienia Rafała Buszka, który z Olsztyna wrócił do Resovii Rzeszów. Fakt, że przyszedłem w miejsce kogoś innego, kto dobrze się w Olsztynie spisywał, nie jest dla mnie wyzwaniem. Najważniejsze jest to, że trenerzy we mnie wierzą i widzą mnie w składzie. Chcę pracować nad swoimi umiejętnościami i z każdym kolejnym treningiem spisywać się coraz lepiej. Jestem jednym z najmniej doświadczonych graczy, więc muszę przez to przejść.

19 tys. km od bliskich

Czy będzie mu łatwo, tym bardziej że jego bliscy są ponad 10 tys. kilometrów od Olsztyna? Levi myśli pozytywnie. - Rozważanie o tym, że jestem daleko od bliskich, odkładam na bok - zapewnia. - Pobyt w każdym kolejnym kraju oraz w nowej drużynie traktuję jako okazję do rozwoju. Skupiam się na tym, jaką mogę mieć z tego korzyść i czego mogę się nauczyć. Najważniejsze, że przystosowałem się już do życia w Polsce i bardzo mi się tu podoba.

Przyznaje jednak, że kiedy skończy karierę sportową, chciałby wrócić do Stanów Zjednoczonych.

Więcej o: