Sokołowski: Stomil budować z perspektywą, a nie na "raz"

Józef Łobocki i Bogusław Kaczmarek po awansie do ekstraklasy w 1994 r.

Józef Łobocki i Bogusław Kaczmarek po awansie do ekstraklasy w 1994 r. (Fot. Tomasz Waszczuk / Agencja Gazeta)

- Fajnie grało się w Stomilu, ale gdyby pojawił się poważny sponsor, nie miałbym nic przeciwko, by klub zmienił nazwę. Dopiero wówczas można by budować drużynę z aspiracjami - mówi Tomasz Sokołowski, przed laty piłkarz Stomilu Olsztyn
Tomasz Sokołowski nie jest anonimową osobą w Olsztynie. Przez cztery lata reprezentował barwy Stomilu Olsztyn, z którym w sezonie 1993/94 wywalczył awans do ekstraklasy. Do tej pory to wydarzenie uznaje się za największy piłkarski sukces na Warmii i Mazurach. W Olsztynie w pierwszej lidze rozegrał dokładnie 47 spotkań, strzelając 10 bramek. - Pamiętam, że cały czas borykaliśmy się z problemami finansowymi - wspomina Sokołowski. - I to bez względu na to, czy walczyliśmy o ówczesną pierwszą ligę, czy już w niej byliśmy. Jak na klub z ekstraklasy dysponowaliśmy naprawdę niskim budżetem i w związku z tym w Olsztynie grali przede wszystkim zawodnicy z regionu. Zdarzały się oczywiście wyjątki, jak ja [Sokołowski urodził się w Gdyni - red.] czy kilku innych chłopaków z Podlasia.

I dodaje: - Piłkarze, którzy pochodzili spoza Warmii i Mazur, tworzyli taką małą rodzinę. Kiedy jednak graliśmy, byliśmy jednym zespołem. Nie było czegoś takiego jak indywidualne aspiracje. To było widać zarówno na boisku, jak i poza nim.

Stomilowi dużo zawdzięcza

To właśnie dobre występy w Stomilu otworzyły Sokołowskiemu furtkę do kariery. W 1996 roku przeprowadził się do Warszawy, by grać w utytułowanej Legii. Tam też zdobywał najcenniejsze trofea. Z pewnością zapamięta swój debiut w stołecznym klubie, który wypadł w meczu Ligi Mistrzów z ateńskim Panathinaikosem. Z Legią święcił mistrzostwo, Puchar oraz Superpuchar Polski. Sokołowski nie ukrywa, że do lat spędzonych w Olsztynie czuje szczególny sentyment. - Nie da się ukryć, że to właśnie w Stomilu stawiałem swoje pierwsze kroki w seniorskiej piłce - podkreśla. - Zaczynałem w drugiej lidze, ale później awansowaliśmy do ekstraklasy. Z Olsztyna trafiłem też do reprezentacji Polski. To miasto i klub są dla mnie szczególne. Mam tam zresztą wielu znajomych, których odwiedzam, kiedy tylko mogę.

Budżet ważniejszy od nazwy

Jak przyznaje Sokołowski, wciąż śledzi poczynania olsztyńskiej drużyny. A przypomnijmy, że tutejsi piłkarze w marcu wybiegną na drugoligowe boiska już nie jako OKS 1945, ale pod historyczną nazwą Stomil. O zmianę kibice upominali się od 2004 roku i trzeba przyznać, że to głównie dzięki ich staraniom udało się. - Wyniki OKS 1945 nie są mi obce - śmieje się popularny "Sokół". - Z tego co wiem, po rundzie jesiennej większość zawodników zostaje w klubie, a to na pewno pozwoli im ustabilizować formę. Zobaczymy, jak będzie na wiosnę, może powalczycie o coś więcej [drużyna na półmetku z dorobkiem 36 pkt zajmuje 2. miejsce premiowane awansem - red.].

Były piłkarz przestrzega jednak przed hurraoptymizmem i podkreśla, że od nazwy ważniejsze jest pozyskanie strategicznego sponsora. - Kiedyś nazwa wiązała się z reklamą zakładów produkujących opony samochodowe - mówi. - Dzięki temu można było pozyskać pewne nakłady finansowe na klub. Teraz zdecydowano się na taki krok z sentymentu. Na pewno fajnie grało się pod egidą "Stomil Olsztyn", ale gdyby pojawił się poważny sponsor, to nie miałbym nic przeciwko, by nazwa się zmieniła. Dopiero wówczas można by myśleć o zapleczu finansowym i zacząć budować drużynę z aspiracjami.

Tylko stadion ten sam

Należy podkreślić, że olsztyński stadion, na którym przed laty występował Sokołowski, od tamtej pory niemal się nie zmienił. - To racja - przyznaje Sokołowski. - Kiedyś wizytowałem na obiekcie przy alei Piłsudskiego przy okazji przyjazdu do Olsztyna. Zdaję sobie sprawę, że ta sytuacja związana jest z pieniędzmi. Teraz w klubie jest w miarę stabilnie, ale na pewno trzeba dużego nakładu finansowego, żeby przeprowadzić modernizację. A nie zapominajmy, że w przypadku awansu do I ligi, trzeba będzie wzmocnić skład, a zawodnicy z pewnością poproszą o wyższe pensje. Do tego dochodzą dalsze wyjazdy z noclegiem czy obozy. To są naprawdę potężne koszta. Dlatego należy budować z perspektywą, a nie na "raz". W przeciwnym wypadku wszystko może się bardzo szybko rozpaść.

Trudny rozbrat z piłką

Mimo że Sokołowski nie jest już zaliczany do młodych zawodników (we wrześniu skończył 41 lat), po grze w różnych klubach (m.in. izraelskim Maccabi Haifa, Górniku Łęczna czy Jagiellonii Białystok), wciąż ma czynny kontakt z piłką nożną. Były Stomilowiec jeszcze dwa sezonu temu reprezentował barwy czwartoligowego UKS Łady. Teraz na co dzień pracuje w Akademii Piłkarskiej KP Legia Warszawa. - Gra w piłkę to już definitywnie zamknięty rozdział w moim życiu - przyznaje Sokołowski. - Jak się trenuje kilkadziesiąt lat, to ciężko się z tym rozstać. Poza tym grałem tak długo dla siebie samego, żeby podtrzymać kondycję. Od czterech lat trenuję młodzież w Legii. Zdawałem sobie sprawę, że mogę kiedyś zostać szkoleniowcem. Po to zresztą robiłem kurs. Legia widziała, że jestem już u schyłku kariery i zaproponowała mi taką pracę.