Sport.pl

Bramkarz z Olsztyna chce do kadry. Pomoże mu Bundesliga?

- Jak ktoś przyjeżdża z Polski i myśli, że grając na pół gwizdka, coś osiągnie, to długo tu nie zagrzeje miejsca - mówi olsztynianin Rafał Gikiewicz, obecnie bramkarz niemieckiego Eintrachtu Brunszwik.
Popularny "Giki" jest podstawowym zawodnikiem drugoligowego Eintrachtu Brunszwik, który przed sezonem nie krył aspiracji do gry w pierwszej Bundeslidze. Głośno o 27-letnim olsztynianinie zrobiło się przed tygodniem za sprawą Pucharu Niemiec, gdzie w ćwierćfinale tych rozgrywek jego drużyna trafiła na utytułowany Bayern Monachium. Mimo przegranej 0:2 Rafał Gikiewicz za występ zebrał pochlebne opinie.

Rozmowa z Rafałem Gikiewiczem

Łukasz Wilk: Jakie to uczucie zagrać na Alianz Arenie przeciwko mistrzowi Niemiec Bayernowi Monachium?

Rafał Gikiewicz, bramkarz Eintrachtu Brunszwik: Niesamowite. Kiedy rozmawiałem z bliskimi po meczu, to przypomnieli mi film o tytule "Gol". Opowiada o biednym chłopaku z Meksyku, który dzięki wytężonej pracy i talentowi zagrał w końcu na pięknym stadionie Newcastle United. Jak wychodziłem na mecz w Monachium, to wszystko aż błyszczało od fleszy fotoreporterów, ogromny stadion był wypełniony kibicami, a ja wtedy pomyślałem, że pewien sen się spełnił. Na trybunach zasiadło ponad 70 tys. widzów, co jak szacowałem z rodziną, stanowiło praktycznie połowę mieszkańców Olsztyna. Dla mnie to nagroda za ciężką pracę, za postawę na treningach, za cierpliwość. Nagroda za to, że w trudniejszych momentach mojej kariery nie zwątpiłem w swoje umiejętności i dalej parłem do przodu.

Jakie ma pan odczucia po 1/8 finału Pucharu Niemiec? Złość, niedosyt czy może coś innego?

- Pierwsza bramka była niefartowna, bo padła po rzucie wolnym, a sędzia odgwizdał faul, którego nie było. Austriak David Alaba podszedł do tego stałego fragmentu gry i mówiąc kolokwialnie, "dmuchnął" jak w grze FIFA. Tylko patrzyłem, jak piłka przelatuje mi obok głowy. Przy drugim golu [strzelał Mario Gotze - red.] futbolówka poszła po nodze stopera Eintrachtu, a to całkowicie mnie zmyliło.

Po tym meczu nadal pan sądzi, że Bayern to drużyna grająca na kosmicznym poziomie?

- Szczerze powiedziawszy, spodziewałem się czegoś więcej, jakiegoś bombardowania ze strony Bayernu. To spotkanie dało mi świadomość, że są to normalni ludzie, a nie maszyny do wygrywania. Dajmy na to Arjena Robbena, który zawsze wokół siebie miał ośmiu piłkarzy światowej klasy, którzy go wspierali. Ten zespół nie ma słabych punktów, dlatego ich gra wygląda tak kapitalnie. Po meczu poszedłem do szatni Bayernu i z 20 minut rozmawiałem z Robertem Lewandowskim, Frankiem Riberym czy z dyrektorem sportowym Bawarczyków Matthiasem Sammerem. Przegraliśmy 0:2, ale niemiecka prasa oceniła nas, że zaprezentowaliśmy się lepiej niż niektóre z drużyn pierwszej Bundesligi, które przegrywały z Bayernem po 0:8.

Polskie media mówiły nawet o pojedynku dwóch Polaków - Lewandowskiego i Gikiewicza...

- Eintracht grał z Bayernem, a nie ja z Robertem. Przede wszystkim Gikiewicz stał między słupkami, a dziesięciu Bawarczyków atakowało na moją bramkę. Jeżeli chodzi o Roberta, to oddał on jeden niecelny strzał. Był dobrze pilnowany przez naszych młodych obrońców i za dużo sobie nie pograł. Ten mecz się odbył i nie ma już co go rozpamiętywać.

Pamiętam, jak jeszcze kilka lat temu razem ze swoim bratem bliźniakiem [Łukaszem - red.] grywał pan w lidze halowej w Olsztynku. Pana kariera to ciągłe sportowe wzloty i upadki. Dlaczego tak się dzieje?

- Jeszcze cztery lata temu byłem na wypożyczeniu z ekstraklasowej Jagielloni do Stomilu Olsztyn i biegałem po boiskach trzeciej ligi. Z kolei siedem miesięcy temu byłem w rezerwach Śląska Wrocław i nie pozwalano mi grać w piłkę. Wmawiali mi, że jestem gorszy od jakichś juniorów, a tak nie było. Teraz gram w drugiej Bundeslidze, zaliczyłem wszystkie 23 spotkania od pierwszej do ostatniej minuty i było mi dane zmierzyć się z Bayernem. Mam 27 lat i uważam, że trzeba z dnia na dzień podnosić sobie poprzeczkę, żeby się rozwijać. Moim marzeniem jest gra w pierwszej Bundeslidze z Eintrachtem, a jak nie, to może jakiś inny klub wyciągnie rękę do Rafała Gikiewicza, by mógł spełnić kolejne marzenie. Aktualnie mam ważny kontrakt z drużyną z Brunszwiku, tutaj gram i chcę prezentować się na boiskach w Niemczech jak najlepiej.

Szkoda tylko, że zespół z Brunszwiku w ostatnich tygodniach spisuje się poniżej oczekiwań. Nadal wierzycie w awans do najwyższej klasy rozgrywkowej w Niemczech?

- Powiedział to pan bardzo łagodnie. My w ostatnich tygodniach gramy wręcz fatalnie. W 2015 roku nie wygraliśmy jeszcze żadnego meczu. W minioną sobotę przegraliśmy u siebie z ostatnią drużyną w ligowej tabeli Sankt Pauli (0:2). Cały czas rozmawiamy o tym, że trzeba wziąć się w garść i zacząć w końcu wygrywać. Na szczęście punkty tracą też drużyny z czołówki i mamy jeszcze szanse na drugie, trzecie miejsce, które dawałoby nam prawo gry w barażach. Zostało 10 spotkań i uważam, że aby realnie myśleć o awansie, wygrać trzeba minimum 9 z nich. Musimy się obudzić, bo jak będziemy prezentować się tak jak teraz, to marzenia trzeba będzie odłożyć na przyszły sezon.

Jak się panu podoba gra w zagranicznej lidze? Przyzwyczaił się pan już do życia w nowych realiach?

- Jestem Polakiem i oczywiście, że wolałbym mieszkać w swoim kraju. Tutaj jednak całe miasto podporządkowane jest piłce nożnej. Na każdym spotkaniu na trybunach praktycznie jest komplet. Przyjemnie wychodzi się na takie stadiony, a kibice są z drużyną na dobre i na złe. W Polsce często stadiony świecą pustkami. Jeśli zaś chodzi o aklimatyzację, to na pewno dużo mi dało to, że gram. Bo gdybym siedział na ławce rezerwowych, to byłoby mi znacznie trudniej. Jeżeli chodzi o obcy język, to mam nauczycielkę, która uczy mnie niemieckiego. Klub pilnuje, żebym nie miał problemów z dogadaniem się z kolegami na boisku czy z mieszkańcami Brunszwiku. Oczywiście nie dysponuję wachlarzem słów jak typowy Niemiec. Przez pierwsze pół roku chciałem się skupić na boisku, żeby szanowali mnie za to, jak gram. Najważniejsze, że rozumiem to, co trener mówi na odprawie przedmeczowej.

Czuje pan, że z drugoligowego Eintrachtu Brunszwik można się przebić do reprezentacji Polski?

- Przed meczem z Kaiserslautern [8 lutego - red.] miałem kontakt z Jarosławem Tkoczem, trenerem kadry Polski bramkarzy. Miał przyjechać na ten mecz i obserwować moją postawę. Niestety coś mu wypadło, ale powiedział mi, że moja gra na boiskach drugiej Bundesligi jest obiecująca. Niestety w Polsce nie mam dobrej opinii. Uważam jednak, że zasługuję na takie powołanie, chociażby na zgrupowanie, żeby się pokazać i skonfrontować z najlepszymi polskimi golkiperami. W przeszłości miałem już styczność z reprezentacją. Kiedy grałem w Śląsku, to najpierw powołał mnie trener Franciszek Smuda, potem Waldemar Fornalik, więc byłem w orbicie zainteresowań kadry. Teraz według niemieckiego magazynu piłkarskiego "Kicker" jestem wśród 20 najlepszych zawodników drugiej Bundesligi. Dlatego zapraszam do Brunszwiku, bo przecież z Polski wcale nie jest tu daleko [z Olsztyna 800 km - red.]. To jednak selekcjoner Adam Nawałka rozdaje karty, więc moim zadaniem jest grać jak najlepiej, a jak przyjdzie powołanie, to będę dumny.

Z bratem wspólnie występowaliście w DKS-ie Dobre Miasto, później w Śląsku Wrocław. Teraz między Sofią, gdzie Łukasz podpisał kontrakt z zespołem Lewskiego, a Brunszwikiem jest ponad półtora tysiąca kilometrów. Macie ze sobą kontakt?

- Z bratem rozmawiam praktycznie codziennie, piszemy też dużo do siebie. Na razie na koncie ma dwa gole w lidze bułgarskiej. Nie są to tak silne rozgrywki jak te, w których ja występuję, ale Łukasz jest w zespole 23-krotnego mistrza kraju. To mówi samo za siebie. Obecnie ma trochę problemów z występami w Lewskim, bo trafił tam z ligi cypryjskiej zaledwie 2-3 tygodnie przed inauguracją zmagań. Musi jeszcze popracować na treningach, żeby wywalczyć sobie stałe miejsce w składzie. Jeśli będzie zdrowy, to jestem spokojny o jego grę.

W Polsce często zarzuca się piłkarzom brak profesjonalnego podejścia do treningów, a niekiedy nawet lenistwo. Za zachodnią granicą takie zachowanie szybko skończyłoby się miejscem na ławce rezerwowych?

- Ja w Eintrachcie zagrałem wszystkie możliwe mecze, ale gdybym sobie pozwolił na leniuchowanie, to trener od razu by to zauważył i powiedział "Nie grasz". W Niemczech, jak jeden czy drugi zawodnik się obija, to na boisko w jego miejsce wchodzi trzeci. Szkoleniowiec ma taki wachlarz zawodników, że zawsze może przebierać. Jak ktoś przyjeżdża z Polski i myśli, że grając na pół gwizdka, coś osiągnie, to długo tu nie zagrzeje miejsca. Mi codziennie powtarzają "Gut gemacht" [Dobra robota - red.] i dzięki temu gram. Jest też duża rywalizacja o miejsce w wyjściowym składzie. Kiedy mój rywal w bramce Marjan Petković zasuwa na treningach, to ja muszę zasuwać jeszcze bardziej.

Stomil w minioną sobotę, na inaugurację rundy wiosennej w pierwszej lidze, zwyciężył z Bytovią Bytów 2:0. Oglądał pan nagrania z tego meczu?

- Widziałem to spotkanie. Ta sytuacja pokazuje, że biedniejsze kluby, jak Stomil, który miał duże problemy podczas okresu przygotowawczego, wciąż ma ogromne kłopoty z pieniędzmi, potrafią temu stawić czoła. Do Olsztyna przyjechała zamożna Bytovia [sponsorem jest producent okien Drutex - red.], a dostała od naszych bęcki. Stomil pokazał, że wszystko leży na boisku. Jeżeli pokażesz serce, wytrwałość i zaangażowanie, to wygrasz każdy mecz. Takie bodźce jak właśnie trudna sytuacja konsolidują zespół. Nie sztuką jest wygrywać, kiedy wszystko się układa, ale gdy jest pod górę i odwracają się sponsorzy. Takie mecze to najlepszy argument, że warto inwestować w klub. Jakich argumentów sponsorzy oczekują, jak właśnie nie wyników? To, co robią chłopaki ze Stomilu, to jest dla mnie mistrzostwo świata.

Nie żałuje pan, że jak dotąd nie miał okazji pograć dłużej w Stomilu?

- To było dla mnie trudne doświadczenie. Nie dawano mi szans w klubie z mojego miasta. Mimo to nigdy nie wyparłem się Olsztyna, jak mogę, to tam wracam, śledzę to, co się dzieje w Stomilu. Wsparłem nawet akcję Olsztyn Futbol Love, ponieważ uważam, że to miasto zasługuje nie tylko na pierwszą ligę, ale i na ekstraklasę. Musi przyjść sponsor, powstać nowy stadion, boisko do trenowania, a wówczas będziemy mieli klub o naprawdę dużych aspiracjach.

Rafał Gikiewicz

Urodził się 26 października 1987 roku w Olsztynie. Jako junior najpierw występował w Warmii Olsztyn, potem w Stomilu. Reprezentował barwy także innych klubów z województwa, jak DKS Dobre Miasto, Sokół Ostróda czy Drwęca Nowe Miasto Lubawskie. Potem z powodzeniem występował w barwach Jagiellonii Białystok, z którą zdobył Puchar Polski (2009/2010), czy Śląska Wrocław. Problemy Gikiewicza rozpoczęły się w zespole z Dolnego Śląska, gdzie najpierw został odesłany do rezerw, a potem rozwiązał kontrakt z winy klubu. W ekipie z Brunszwiku występuje od 2014 roku. Jego brat bliźniak Łukasz jako napastnik gra obecnie w bułgarskim Lewski Sofia.

Więcej o piłkarzach Stomilu czytaj na olsztyn.sport.pl.

Zdjęcie Nike performance mercurial victory v fg korki lanki (N1243A0CQ-Q11) Zdjęcie Adidas Rękawice bramkarskie Predator Training M38741
Nike performance mercurial ... Adidas Rękawice bramkarskie...
Sprawdź ceny » Sprawdź ceny »
źródło: Okazje.info


Więcej o:
Komentarze (4)
Bramkarz z Olsztyna chce do kadry. Pomoże mu Bundesliga?
Zaloguj się
  • marekqat91

    Oceniono 6 razy 4

    Szkoda, że większość piłkarzy musi wyjechać z Polski żeby zacząć się starać. Nie są ambitni dopóki nie mają nad sobą bata i świadomości, że eldorado się skończy jak będzie się olewało sprawę. W Polsce grają ile trzeba i zazwyczaj nie starają się nic ponad wymóg bo wiedzą, że jak nie tu to przygarnie inny klub z tej samej klasy rozgrywkowej. Trochę pogra i wróci do lepszego itd.

  • tomaszjaszczuk

    Oceniono 1 raz 1

    Gikiewicz musiał wyjechać do Niemiec, by przekonać się, że nie dając z siebie 100% nic się nie osiągnie. Smutne.

    Marco Verratti, bohater 1/8 finału LM Chelsea-PSG jakiego nie znacie. O początkach kariery, zainteresowaniach, życiu prywatnym, receptach na sportowy sukces włoskiego pomocnika przeczytacie tu tjaszczuk.blogspot.com/2015/03/may-ksiaze-z-paryza.html . Zapraszam do lektury.

  • efc1878

    0

    Dopiero po wyjezdzie z kraju okazuje sie kto potrafi zapieprzac a kto byl cale zycie przez kogos pompowany....
    BRAWO GIKI dalszych sukcesow bo takich jak ty jest niewielu

  • toxicwaltz

    0

    ""Gut gemmacht"" - powinno być "gut gemacht".

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX