Trener Stomilu Olsztyn: Musimy mądrze uzupełnić skład

- Nowym piłkarzom możemy zaproponować maksymalnie 5 tys. zł miesięcznie, a to nie wystarczy. Muszą zarabiać porównywalnie do chłopaków z trzonu drużyny - mówi Mirosław Jabłoński, który już myśli o wzmocnieniach przed sezonem 2015/2016.
Dla biało-niebieskich zakończone przed tygodniem rozgrywki były bardzo trudne, ale jednocześnie udane. Piłkarze zajęli siódme miejsce w tabeli, co w porównaniu z poprzednimi sezonami (przed rokiem 15., dwa lata temu 13.) robi wrażenie. Jednym z autorów tak dobrego wyniku jest doświadczony szkoleniowiec Mirosław Jabłoński, który w przeszłości pracował m.in. w Legii Warszawa czy Zagłębiu Lubin.

Rozmowa z Mirosławem Jabłońskim

Waldemar Bargiel: W sezonie głośno było o sprawach pozasportowych związanych ze Stomilem, jak utrata głównego sponsora, rosnące zadłużenie czy przekształcenie klubu w spółkę akcyjną. Pan kilkakrotnie musiał stawać w obronie drużyny...

Mirosław Jabłoński, trener Stomilu Olsztyn: Nie chciałem, by przez takie sytuacje piłkarze do wszystkiego nastawiali się negatywnie. Największe załamanie nastąpiło, kiedy Galeria Warmińska wycofała się ze sponsorowania klubu [9 stycznia zerwała umowę, która zapewniała OKS trzy czwarte budżetu - red.]. Moim zdaniem postąpiła bardzo nieodpowiedzialnie, ponieważ postawiła pod ścianą całą drużynę, która wywiązywała się ze wszystkich obowiązków sportowych. Za taką reklamę, jaką klub robił sponsorowi, w normalnych warunkach trzeba by zapłacić potężne pieniądze. W efekcie podczas przerwy zimowej pod względem finansowym nie było wesoło. Musieliśmy trenować w hali Warmii przy ul. Sybiraków, aby zachować jakikolwiek rytm zajęć. Było mi z tego powodu przykro, bo Stomil to klub z tradycjami, a zarazem znana marka z dużego miasta. Przecież ten zespół w znacznym stopniu promuje Warmię i Mazury w całej Polsce.

Teraz wszystkich najbardziej nurtuje pytanie: czy zostanie pan w Olsztynie?

- Pojawiają się już na ten temat pewne spekulacje, ale nie biorę ich do głowy i normalnie pracuję. Zarówno ja, jak i zawodnicy, mamy w tej chwili wolne [do końca czerwca - red.], a mimo to co chwilę załatwiam jakieś sprawy, jak chociażby plan sparingów Stomilu. Nie ukrywam, że chciałbym jak najszybciej wiedzieć, na czym stoimy. Dobrze, że klub otrzymał pierwszoligową licencję na sezon 2015/2016, bo dzięki temu możemy patrzeć w przyszłość z optymizmem. Szkoda tylko, że nie możemy ściągać takich zawodników, jakich byśmy chcieli [PZPN zabronił OKS ściągać piłkarzy mających umowy w innych klubach, ustalił też górny pułap wypłat dla nowo pozyskanych - red.]. A wszystko przez ograniczenia co do wysokości pensji. Teraz nowym graczom możemy zaproponować maksymalnie 5 tys. zł miesięcznie, a to niestety nie wystarczy. Jeśli mamy szukać poważnych wzmocnień, to muszą zarabiać porównywalnie do chłopaków z trzonu drużyny. Mam nadzieję, że uda się nam z transferami przynajmniej w zimowym okienku.

Warunki stawiane przez PZPN to jedyny wasz problemem przy poszukiwaniu nowych piłkarzy?

- Niestety potencjalnych kandydatów odstraszają fatalne warunki do trenowania, jakie mamy w Olsztynie. Chcą się rozwijać, ale wiedzą, że bez chociażby jednego boiska z prawdziwego zdarzenia to jest niemożliwe. Ryzyko odniesienia kontuzji [OKS często ćwiczył na sztucznej murawie - red.] jest wysokie i dlatego nawet nie rozważają naszych ofert. To niepojęte, aby w jednym sezonie aż czterech moich piłkarzy zmagało się z urazem zerwanych wiązadeł krzyżowych. Rozumiem, że urazy mogą pojawiać się wtedy, gdy trenuje się na nie wiadomo jakich obciążeniach, ale my nie robiliśmy nic, co wykraczałoby poza te granice. Swoje poprzednie zespoły prowadziłem w dokładnie taki sam sposób i żadnych problemów zdrowotnych nie było. Jakby tego było mało, kilku naszych zawodników złamało piątą kość śródstopia podczas wykonywania najprostszych zagrań. Podczas rozmów z zarządem Stomilu na każdym kroku podkreślam, że dobre boisko jest nam niezbędne. Opcje są dwie - można odpowiednio przygotować murawę na stadionie Warmii albo w Kortowie.

Zawodnicy OKS-u często podkreślają, że jest pan uosobieniem spokoju, a wszystkie wskazówki dotyczące gry potrafi im przekazać bez zbędnych emocji. Jak to się panu udaje?

- Zazwyczaj staram się koncentrować na grze, ale to też nie zawsze mi się udaje. Między innymi wtedy, gdy patrzę na błędy popełniane przez niektórych sędziów (uśmiech). W miarę nabierania doświadczenia jest jednak dużo łatwiej się kontrolować. Jeśli krzyknę na któregoś z zawodników przy linii, to tylko dlatego, żeby przypomnieć mu o wskazówkach, jakie dawałem w szatni. Nie zmienia to faktu, że gdy byłem młodym trenerem, byłem dużo bardziej energiczny. W minionym sezonie często zdarzało się, że kibice krzyczeli z trybun, abym kogoś zmienił, ale to nie zawsze jest takie proste. Zawodnik, którego oni widzieliby na boisku, mógłby nie wnieść do gry nic nowego. Jeśli już zastępuję jednego gracza drugim, to na pewno nie z powodu presji na mnie.

Co trzeba zrobić, aby w przyszłym sezonie Stomil nadal był w czołówce tabeli zaplecza ekstraklasy?

- Przede wszystkim powinno się dokonać kilku mądrych uzupełnień składu i uspokoić atmosferę wokół klubu. Kto wie, może zawodników zmobilizowałyby niewielkie premie motywacyjne. Po meczu mógłbym rozdzielać te pieniądze między piłkarzy adekwatnie do tego, jak zagrali. Jeśli dany gracz dostanie dodatkowe wynagrodzenie, to w następnym spotkaniu ponownie będzie się o nie starał. Z kolei w przypadku ich nieotrzymania przemyśli swoją postawę i następnym razem zrobi wszystko, by zaprezentować się lepiej.

Od sezonu 2015/2016 zgodnie z nowym regulaminem każda z drużyn na boisku będzie mogła mieć tylko jednego gracza spoza Unii Europejskiej. Kogo spośród pięciu Ukraińców reprezentujących Stomil będziecie chcieli zatrzymać?

- Oczywiście klub w swojej kadrze będzie mógł mieć więcej niż jednego obcokrajowca spoza UE. Gdyby jednak przykładowo zostali Irakli Meschia oraz Witalij Berezowskij [pomocnik i obrońca - red.], to nie zawsze mógłbym zmienić na boisku jednego na drugiego. Łatwiej jest wprowadzić ofensywnego gracza za ofensywnego niż rozgrywającego za stopera. Do tego dochodzą jeszcze kontuzje oraz wykluczenia spowodowane przez nadmiar żółtych kartek. Na tę chwilę bardziej potrzebny zespołowi jest Irakli. Czasem ma skłonności do zbytniego popisywania się, ale najlepszym lekarstwem na to jest ławka rezerwowych. Nie może grać pod siebie, tylko pod zespół. Jeśli ogra jednego zawodnika, to niech poda piłkę koledze, a nie próbuje wdawać się w drybling z kolejnymi rywalami. W przerwie jednego z ostatnich spotkań musiałem dać mu za to reprymendę, ale potem było już tylko lepiej.

W tym sezonie Stomilem kierowały dwa różne zarządy. Od czerwca do lutego za sterami stali Robert Kiłdanowicz i Łukasz Budnik. Od początku marca stanowiska przejęli Mariusz Borkowski oraz Rafał Szwed. Filozofia prowadzenia klubu których władz jest panu bliższa?

- To trudne pytanie, bo jako trener nie jestem upoważniony do oceniania prezesów. Z Robertem Kiłdanowiczem współpracowało mi się bardzo dobrze, a z panem Borkowskim dogadujemy się normalnie. Obaj już wcześniej mieli kontakt ze sportem, więc wiedzą, które rzeczy są ważne, a które nie. Nie zapominajmy o Rafale Szwedzie. W przeszłości był piłkarzem, więc również jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu.

Kontaktował się pan już ze znajomymi menedżerami, by podpytać się o wolnych, utalentowanych zawodników?

- Rozmowy na ten temat prowadziłem dużo wcześniej, ponieważ miałem na oku kilku kandydatów. Mieli jednak inne propozycje, więc nie mogli dłużej czekać. Ja się tym nie zrażam. W najbliższą niedzielę będę w Warszawie na tzw. przeglądzie młodych zawodników. Obejrzę kilka spotkań między ekipami złożonymi z graczy niższych lig. Będą to ekipy podobne do kadry Warmińsko-Mazurskiego Związku Piłki Nożnej, z którą przed meczem z Wisłą Płock rozegraliśmy sparing. Chciałbym ściągnąć do Stomilu trzech lub nawet czterech. I to nie do nauki, a do regularnej gry.

Zastanawiał się pan, kto w przyszłych rozgrywkach może grać w olsztyńskiej drużynie pierwsze skrzypce? Tym bardziej że w składzie szykują się duże zmiany.

- Tego jeszcze nie wiem, ale jestem pewien, że największy kłopot będziemy mieli z zastąpieniem Wołodymira Kowala. Zdobył 12 bramek w sezonie, a i tak nie wystąpił we wszystkich spotkaniach. Bardzo rozwinął się także Roman Maczułenko, ale szkoda, że kontuzja [zerwane wiązadła krzyżowe - red.], której doznał na koniec sezonu, spowolni jego karierę. Jeśli opuszczą nas także Witalij i Tomek Wełnicki, to w środku obrony również będę miał ból głowy.

Przy tak napiętym harmonogramie treningów i meczów ligowych znajduje pan jeszcze czas dla siebie, na własne hobby?

- Nie mam konkretnej pasji oprócz piłki nożnej, a wolne chwile poza rozgrywkami poświęcam swoim rodzicom. Sprawy związane z najbliższymi są bardzo ważne i wtedy, kiedy mogę, chcę być w ich towarzystwie. Nie jest to łatwe, ponieważ pracuję poza Warszawą i jestem gościem we własnym domu, do którego przyjeżdżam głównie na święta. Olsztyn jest pięknym miastem, ale mam niewiele czasu, aby korzystać z jego uroków. Mogłem w tym czasie jedynie raz pójść na ryby. Paradoksalnie, okazję, by bardziej poznać ten region, miałem kiedy przyjeżdżałem tu w przeszłości na urlop. Nie brakowało także wyjazdów jeszcze w czasach studenckich. Bardzo dobrze pamiętam obóz pod Giżyckiem. Nie obyło się oczywiście bez pływania w jeziorze i nocnych alarmów (uśmiech).

Więcej o piłkarzach Stomilu czytaj na olsztyn.sport.pl.